Wednesday, May 24, 2017

Dyktando śląskie 2017

Podobnie jak w roku ubiegłym dyktando (4 DIKTAND GODKI ŚLŌNSKIJ), któremu patronuje Óndra Łysohorski, odbędzie się w Rybniku-Niewiadomiu, w zabytkowej kopalni Ignacy, to jest Hoym.
Informują o tym organizatorzy DURŚ (Demokratyczna Unia Regionalistów Śląskich; a po śląsku durś znaczy: wciąż) oraz m.in. portal Onet.pl.
Świetną inicjatywą było zorganizowanie w tym roku dyktanda śląskiego wśród najmłodszych piśmiennych śląskojęzycznych obywatelek i obywateli. Jak powiada profesor Michael Moser, autorytet w dziedzinie studiów nad historią języka ukraińskiego (w tym historii uzasadniania, że nie jest on chłopską gwarą południowozachodniorosyjską lub wschodniopolską), dzieci to „najważniejsi czytelnicy” (Kraków, Instytut Filologii Wschodniosłowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, 23 maja 2017 r.).
Patronat jest kwestią nieco skomplikowaną, ponieważ Łysohorsky tworzył język laski, który nie jest tym samym co górnośląski. W Polsce najwięcej i najciekawiej pisze o nim Grażyna Balowska.
Ważne jest jednak, że dyktando promuje pisanie po śląsku. Śląszczyzna współczesna nie jest tylko systemem oralnym i archaicznym. Wielu jej użytkowników chce pisać, pisać w sposób unormowany, pisze w Sieci, toteż dyktando służy wzmocnieniu poczucia sensowności takiego podejścia.
Powodzynio!

Tuesday, May 23, 2017

Czy górnośląski język umiera?

Nie. Tak. Już umarł. Jeszcze się nie narodził.
Mniej więcej takie diagnozy można było usłyszeć podczas spotkania zorganizowanego w Teatrze Korez w Katowicach, przy placu Sejmu Śląskiego z pomnikiem Korfantego w centrum w środę 17 maja 2017 r. Byłem i ja. Jestem na tym zdjęciu z Gazety Wyborczej, która krótko zrelacjonowała spotkanie.

Sprawozdania


Głównym organizatorem był Marcin Musiał, To człowiek energiczny, autor bloga literacko-politycznego Tylko burak nie czyta, aktywniejszy ostatnio na profilu facebookowym.
Dużą zasługą Onego człowieka jest wprowadzenie tematyki śląskiej na Kongresie Kultury w 2016 roku. Można sobie obejrzeć serię wystąpień na YouTube (moje, dosłane z Krakowa, też tam jest, dziękuję).
Emocje emocjami, ale dokumentację też trzeba zrobić.
Na spotkaniu zaprezentowano Pakt dla śląskiej godki. Zdjęcie zarchiwizowałem, bo na FB przepadnie w odmętach niepamięci.
Foto: być może Aleksander Lubina.
Sam zaś tekst wyjściowy, nieskażony cyberchochlikami drukarskimi, wyglądał tak:
MY,
niżej podpisani,
sympatię dla godki i obowiązek wobec niej z różnych
źródeł wywodzący, ludzie o różnych zapatrywaniach
na świat i życie, pełni świadomości co do roli języka
jako jądra świata, przekaźnika tożsamości, historii i
dziedzictwa, budulca przyjaźni i miłości, a zarazem
świadomi, że w świecie dynamicznie przeobrażającym
się, w którym spośród kilku tysięcy języków, duża
część ich wymrze, a przetrwają tylko języki dużych
narodów lub też te, które współegzystując obok
języka dużego narodu, w tymże narodzie znajdą
spolegliwego opiekuna, apelujemy o zrozumienie i
dalekowzroczność rządzących, obecnych i przyszłych,
a jednocześnie zobowiązujemy się do działania na
rzecz ślonskiej godki, jako fundamentu śląskiego
uniwersum.

Mamy relację Dziennika Zachodniego. Dziennikarze (Magdalena Mikrut-Majeranek) umieją w skrócie napisać, więc zacytujmy:
W debacie wzięli udział: prof. Zbigniew Kadłubek (wykładowca UŚ, śląski intelektualista, pisarz), prof. Tadeusz Sławek (literaturoznawca, były rektor UŚ), Mirosław Neinert (aktor, dyrektor Teatru Korez), Monika Rosa (posłanka na Sejm RP, Nowoczesna), Marcin Musiał (inicjator prac nad ustawą o jęz. śląskim, Nowoczesna), Ilona "Potania" Chylińska (raperka), Justyna Majerska (stowarzyszenie "Wilamowianie"), Karol Gwóźdź (poeta), Gabriel Tobor (burmistrz Radzionkowa, tłumacz Pisma Świętego), Monika Rożek i Michał Baraniok (stowarzyszenie "Szkryfka"), Marcin Melon (pisarz, autor bestsellerów po śląsku) oraz Krystian Gałuszka (poeta, dyrektor MBP w Rudzie Śląskiej).
Silesion.pl chwycił się jednego passusu i pseudosensacyjnym tytułem sugeruje, że na sali wrzał rewolucyjny / powstańczy zapał: Zróbmy czwarte powstanie śląskie.

Pojawiło się sporo głosów krytycznych. Jeden z ważniejszych opublikował Grzegorz Kulik, opracowujący śląski korpus językowy, publikujący wideobloga Chwila z gŏdkōm. Uczynił to na piśmie i w komentarzu wideo. Zarzuty były różnego kalibru, dotyczyły mankamentów technicznych (pliki wideo z wystąpieniami M. Melona i K. Gwoździa nie chciały się odtworzyć), kwestii językowych — błędów w śląskim i nadmiaru polskiego, formuły spotkania i wyraźnej obecności partii politycznej w osobie poseł Moniki Rosy z .Nowoczesnej, która ma pilotować w Sejmie RP projekt nowelizacji odpowiedniej ustawy, aby uzyskać dla języka śląskiego status języka regionalnego. W innym, własnym tonie (inspirowanym niedawnym wystąpieniem w Katowicach prof. Tomasza Wicherkiewicza) napisał Rafał Szyma. Główna myśl (dla mnie) to pochwała języka jako narzędzia komunikacji, a nie pielęgnowanego wspomnienia idyllicznych czasów:
Hermetyczny plac do ślōnskij gŏdki – „mŏwy ôd serca”, to je gynau tyn fal, kej gŏdka sie zawiyrŏ, swijŏ, traci. Prawie wtynczŏs napoczynŏ robić za postwernakularnŏ (jak żech dobrze spokopiōł te słowo), richtich mŏ trzi sztwierci do śmierci.Trza sie starać ô ta frechownŏ, wrazidlatŏ gŏdka, kerŏ prōbuje pochytać cołki świat i kerŏ funguje, durś je żywo, mŏ swojich naturalnych używŏczy. Niy ô ta, co je ino spōmniyniym (ciepłym, miyłym, cniwym, ale ino spōmniyniym) ô umartych światach, czasach a ludziach.

Treść

Wystąpienie profesora Tadeusza Sławka (nagranie amatorskie, słabo słychać, warto się wsłuchać) postawiło kwestie języka górnośląskiego w perspektywie uniwersalistycznej i najgłębiej humanistycznej. Dziesięć maksym, wyzwalających z partykularyzmu i egoizmu własnej sprawy.


Gdy umiera język, umierają słowa i myśli.
Słowo lokalne jest arką...
Słowo powszechne jest sługą konieczności... (Heidegger w tle)
Nie tylko o bogactwo języków chodzi, chodzi też o bogactwo języka, w języku...
Może ktoś to spisze i opublikuje.

Literatura i działania

Po szybkim i głębokim wystąpieniu T. Sławka moją uwagę zwróciły bardziej niż wystąpienia posłanki Moniki Rosy i Marcina Musiała dwie premiery tłumaczeniowe. Gabriel Tobor, burmistrz Radzionkowa, zaprezentował 3 rozdział Listu św. Jakuba przełożony przez siebie na śląski, a Marcin Musiał po śląsku przedstawił początek Procesu Franza Kafki. Nie z takiego słuchowego odbioru sądzić mi o jakości tych przekładów. Być może właśnie jednym z pozytywnych owoców tego spotkania dla niektórych jest informacja o tym, że godka nie tylko do godanio służy, lecz że staje się coraz bardziej językiem literatury.
Działający w sferze artystycznej, jak Ilona „Potania” Chylińska i społecznej (stowarzyszenie Szkryfka) wnieśli powiew młodości.

Klamra. Kadłubek

Klamrą zamykającą (dla mnie, tak to zapamiętałem) było wystąpienie prof. Zbigniewa Kadłubka. Emocjonalne, lecz trzeźwe, czyli mocno ziemi się trzymające. Choć intelektualnie niełatwe.
Nagrał je Leon Swaczyna i umieścił na swoim YouTubie:

Sejmowe przemówienie Z. Kadłubka potrzebuje jeszcze lektury i komentarza. Teraz także padło wiele myśli, które muszą być na spokojnie przemyślane i zinterpretowane. Ilustruje pewne przełomy: czas śmiało mówić o języku, nie ma na co czekać, lecz trzeba wyjść do całej wspólnoty politycznej, do społeczeństwa współczesnej Polski, bo „Górny Śląsk jest gwarantem demokracji”. „Nie przekonujmy już przekonanych”... To my jesteśmy godką. Godanie po śląsku jest również gestem politycznym. Dwie dekady przespaliśmy. Politycy muszą uznać język śląski... muszą zrozumieć, że  jest to dla nas ważne... to nie jest przeciwko komuś, przeciwko Polsce... Było szczerze, poważnie, może chwilami idealistycznie (nierealistycznie). Ktoś komentował, że chodziło o lansowanie się profesora, który mentalnie przechodzi do partii .Nowoczesna Ryszarda Petru, żeby w tych czy owych wyborach... Tego akurat wrażenia nie miałem.

Nie ma podsumowania

Ze spotkania wychodziłem w nastroju dziwnym. Piszę o emocjach, bo emocje były zapowiedziane jako język interpretacji tego spotkania. Towarzyszyło mi poczucie jakiegoś niedopełnienia.
Nie był to meeting couchingowy, nie był to wiec polityczny ani też wieczorek autorski w instytucji kultury, nie była to demonstracja jedności moralno-politycznej Ślązaków. Wysłuchanie wielu głosów jednak było cenne. Debata toczy się od samego początku. Dariusz Dyrda wyszedł w trakcie. Śląskie miejsca w Internecie również dyskutują, ale tam, jak wiadomo, rozmowa może ugrząźć w szczegółach i osobistych animozjach.
To było dobre spotkanie. Dziękuję.

Tuesday, May 16, 2017

In statu moriendi?

Jutro spotkanie na temat śmierci ślōnskij godki. Podejście ponowoczesne. Naruszanie decorum. Projekt firmuje partia polityczna.

Tuesday, May 9, 2017

Z rosyjskiego na śląskie

Lubimy kwękać. Jako krytycznie nastawiony gmeracz szukam niedociągnięć w stosunku do ideału. Ludzie kulturalni narzekają na brak kultury wysokiej albo na nazbyt ludyczną i plebejską formę kultury śląskiej. Jedno i drugie jest jakąś formą negowania rzeczywistości. Ta zaś jest, jaka jest.
Marian Makula jest twórczym duchem, który swe talenty wciela, to jest realizuje. Transpozycja Ożenku Gogola to śląskie Zolyty.

Gdzie można obejrzeć sceniczną realizację? Niebawem, 28 maja, w Rydułtowach.
W Rydułtowskim Centrum Kultury.
Aktualne informacje na www.makula.pl.
Ten tekst współtworzy śląski krajobraz językowy już od kilkunastu lat. Konserwuje stereotypy? A może otwiera nowe przestrzenie dla języka in statu nascendi?

Saturday, April 29, 2017

Maria Kostrzewa z Tworkowa i jej wiersze.

Tworków był kwalifikowany jako wieś językowo „laska”. Teraz trudniej to powiedzieć, bo ze względu na zmiany demograficzne i językowe (wyjazdy, zmiana przynależności państwowej i kontaktów językowych) można uznać, że dokonała się przemiana przez zwiększenie cech górnośląskich, północnych.
Mieszka tam i jest żywym skarbem, także animatorką kultury — taką z serca i umiejętności, pani Maria Kostrzewa.
Seniorka, a działa w portalach społecznościowych. Publikuje wiadomości z życia Tworkowa i swoje liryczne refleksje. Jest też autorką książki: Co w sercu śpjywo, co w duszy mi gro (2016).
Oto fragment sprzed kilku dni — reakcja na kwietniowy śnieg.
Kwjyciyń dokoła , a zamiast kwiotkow,
musza zamiatać śniyg ze schodkow.
Wiosna downo miała tu być,
a jo musza jeszcze odgarniać śniyg.
Coś se mi nie podobo z tom Wiosnom,
ptoki ćwjyrkajom i na zimie marznom.

Słonecznika do budki ida im dać,

boroki ni majom co w tym śniegu dziubać.

Myśla że ta Wiosna se nom straciyła,

szukom jom i po znajomych żech pozwoniyła.
Te południowo-zachodnio-śląskie elementy to na przykład „se” jako odpowiednika polskiego „się”: Coś se mi nie podobo; Wiosna (...) se nom straciyła.
Każda fraza tworkowskiej autorki jest ciekawe dla językoznawcy. Dla dusz lirycznych też.



Friday, April 28, 2017

Le Petit Prince po mazursku

W facebookowj grupie publicznej Mazurská gádka pojawił się fragment Małego Księcia po mazursku. Przysłał go Psioter Ôt Sziatków.
Nietrudno się domyślić w tym nicku Piotra Szatkowkiego. Dokonał on przed kilku laty przekładu dzieła Antoine’a de Saint-Exupéry’ego na język pruski. 
Tak, tak, na język Prusów, o których jeśli wiemy cokolwiek, to zwykle niedokładnie lub błędnie. Na przykład, że „wymarli” (musiałaby być epidemia), że wybili ich Krzyżacy, pewnie w XIII wieku (aż takiego ludobójstwa nie uprawiali, bo byli choćby ekonomicznie racjonalni). Język pruski pozostał w pewnej liczbie świadectw (i druków!), więc przy pewnej dozie samozaparcia i wiedzy lingwistycznej udało się. W 2015 roku pisała o tym prasa, na przykład Gazeta Olsztyńska.
Szatkowski przypominał:
Na pruski przetłumaczono m.in. „Ojcze nasz”. „Słownik Elbląski” z XIV wieku liczył około 800 słów. Jeszcze w XVI wieku potrzebni byli tłumacze z pruskiego. Wówczas też wydano trzy luterańskie katechizmy po prusku. Przyjmuje się, że język wymarł ostatecznie w XVIII wieku.
Jeśli chodzi o język Mazurów, to również trzeba by kilka nieprawd i tez propagandowych odrzucić. Na przykład że nie ma takiego języka. Że Mazurów nie ma już całkiem (choć katastrofa się dokonała). Że jest (była) polska gwara mazurska. A gwara jest systemem ustnym i zróżnicowanym, więc nie nadaje się na bycie medium pisanym. Nie powinno się tego zakłamywać.
Poznajecie, Czytelnicy, spotkanie z Pijakiem?
Nastémpnó planete zanieskiwáł Zérán. Óne ôdziedżinÿ durowali fest krótko, naków zatopsili Małégo Princa w głémbokim sméntku.
- Co ti ajw robzis? - spitáł Zérána, chtórnégo nasét sziedzóncégo w czichoszczi prżed zbziéraninó pełnéch butlów ji zbziéraninó pustéch butlów.
- Psije - ôdpoziedżiáł sméntno Zérán.
- Dlácégój psijes? - spitáł Małi Princ.
- Cobi zabácÿcz - dáł ôdpozieszcz Zérán.
- Ô cém zabácÿcz? - pojénteresowáł szie Małi Princ, co juz pocón mu ûcuwacz.
- Cobi zabácÿcz, ze szie wstidam - wiznáł Zérán zziesajónc głowe.
Nie nazywajmy ekstrawagancją działań osób, które pracują nad własną tożsamością, 70 lat po tragedii. Jakie jest zdanie nauki o języku mazurskim? Spokojne socjolingwistyczna analiza, które jednak nie uwzględniała współczesnych działań rewitzalizacyjnych wyszła spod pióra prof. Gerda Hentschela.
Linki: Stowarzyszenie Prusów; Słownik pruski; Pruskie Wiki.

Thursday, April 27, 2017

Polityczne losy śląskiego języka regionalnego

Obserwacje w tym blogu są głównie lingwistyczne, ale społeczny byt systemu językowego, zmiana jego prestiżu, statusu, miejsc i sposobów używania są elementem najszerzej pojmowanej polityki. W demokratycznych krajach kwestiami politycznymi zajmuje się parlament. W kolejnej już kadencji Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej kwestia języka śląskiego (jako języka regionalnego w rozumieniu Ustawy z dnia 6 stycznia 2005 r. o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym) jest zgłaszana przez grupę posłów, tym razem po dwuznacznym wobec ówczesnego swojego posła Marka Plury procedowaniu (czytaj: przewlekaniu) sprawy przez Platformę Obywatelską w kadencji poprzedniej językiem śląskim chce się zająć .Nowoczesna Ryszarda Petru.
Marek Plura, obecnie poseł do Parlamentu Europejskiego, liczy, że PO poprze Nowoczesną. Tak o tym powiedział w Radiu Piekary (w drugiej części rozmowy).

.Nowoczesna jakiś czas temu z hukiem zaczęła działania.
Tu link do wypowiedzi na ten temat zamieszczonych na portalu Silesion.pl.
Zaczęło się sympatycznie i nowocześnie. Czyli z hasztagiem #SzafnymyTo:

Fot. Adam Lejman-Gąska
Tygodnik Nowiny.rybnik.pl zrelacjonował ogłoszenie inicjatywy:
Entuzjastami dla zaproponowanej przez Nowoczesną ustawy są prof. Zbigniew Kadłubek (śląski intelektualista, Uniwersytet Śląski), Łukasz Kohut (regionalista z Rybnika) i Ilona „Potania” Chylińska (raperka z Mysłowic).
– Wszystkie te osoby, przyjaciele śląskiej godki, spotkały się z dziennikarzami w Muzeum Śląskim w Katowicach na konferencji prasowej zorganizowanej z okazji inauguracji prac nad tą ważną dla Ślązaków ustawą - poinformował nas Bartosz Dudzik, dyrektor biura poselskiego Moniki Rosy w Katowicach.
Czy będzie to coś więcej niż deklaracja i akcja wizerunkowa, okaże się w przyszłości.
Nie jest to oczywiście sprawa oczywista i bezkonfliktowa — stąd długotrwałość i nieskuteczność poprzednich działań. Portal Kresy.pl tak pisze o tym samym zdarzeniu, jako o zmianie statusu „gwary śląskiej”:
Prawo i Sprawiedliwość nazwało pomysły Nowoczesnej szkodzącymi polskiej racji stanu.
Ten bardzo radykalny głos PiS to wypowiedź posła Stanisława Pięty, znanego z wypowiedzi ostrych i budzących kontrowersje. Jak zmiana polityki językowej szkodzi racji stanu? To zapewne zależy od sposobu jej pojmowanie. Dementi nie było.

Sunday, April 23, 2017

Wielkopolska — gwara? A może dialekt literacki?

Dlaczego postanowiłem napisać o kowalewskim przedstawieniu dzisiaj i tutaj właśnie, a nie na przykład w serwisie dialektologia.pl, skoro rzecz dotyczy „gwary”, a nie języka „in stanu nascendi”? No właśnie. Siła potocznych przekonań i apriorycznych klasyfikacji jest potężna, ale czy na pewno mamy do czynienia z „gwarą i tylko gwarą”, gwarą?
Cóż to jest gwara – zapytałby Piłat albo niewinne dziecię jakie. I takąż odpowiedź by otrzymał z Encyklopedii języka polskiego, największego kompendium polonistycznej wiedzy językoznawczej, jakie stworzone zostało:
Gwara – mowa ludności wiejskiej z niewielkiego terytorium, przeważnie kilku czy kilkunastu wsi, różniąca się od → języka ogólnego i mowy sąsiednich okolic pewnymi cechami, głównie fonetycznymi i leksykalnymi, podrzędna w stosunku do → dialektu. Terminy „gwara” i „dialekt” są często używane wymiennie. Nieraz gwary wiejskie nazywa się ludowymi lub terytorialnymi dla odróżnienia od → gwar miejskich i gwar zawodowych. Gwara w szerszym znaczeniu to w ogóle mowa wiejska. (M. Kucała, EJP3 122)
Gdy się mówi o powstawaniu języka, często łączy się myślenie o tym z „zapędami” separatystycznymi (czyli zapala się nam, Polakom z Polski, lampka alarmowa) i procesami narodotwórczymi. Są to odruchy, o których naturze teraz nie ma czasu debatować. Warto jednak wychodzić poza zachowania odruchowe i myślenie schematyczne i popatrzeć na Wielkopolskę. To spojrzenie może być przydatne, bo nie będzie się zgadzać z podejściem stereotypowym. Warto po prostu popatrzeć nieuprzedzonym okiem i pomyśleć.
Wielkopolska bowiem jest sercem Polski, kolebką piastowskiej państwowości. Tam o polskość walczono i dla polskości pracowano – to elementy współtworzące etos tego regionu. O separatyzmie mowy więc być nie może. Także o tworzeniu się narodu. Deklaracji narodowości wielkopolskiej w ostatnim spisie powszechnym było mniej niż 500, jeśli dobrze interpretuję dane GUS, a komponent związku z kulturą wielkopolską zadeklarowany jako „druga narodowość” w spisie powszechnym roku 2011 wybrało też co najwyżej kilkaset osób, co zaowocowało liczbą 2 w zakreślonym na czerwono wersie tabeli GUS z r. 2013.


Znaczy to, jak sądzę, że wielkopolskość odnajduje się i realizuje w polskości. Czy pozostali Polacy i obywatele RP niepolskiej narodowości znają wielkopolską kulturę i wielkopolską specyfikę językową poza określeniem „pyra” — wątpię.
Tymczasem jednak coś się dzieje. Kiedy jest mowa o zanikaniu gwar, z pewnością można wskazać przykłady takiego zjawiska także na obszarze wielkopolskim. Region ten jest dobrze, systematycznie stale badany (wielka w tym zasługa dialektologów i etnografów z UAM), obecnie pod wodzą Jerzego Sierociuka.
To o co mi chodzi? O próbę ochrympanio Nowoczki! Gdzie? W Kowalewie (gmina i powiat Pleszew):


O nowe zjawisko, które przybrało niezbyt precyzyjną nazwę „gwary poznańskiej” i jeszcze mniej precyzyjną „gwary wielkopolskiej” (niedawno wspominało się tu o „gwarze śląskiej” jako sformułowaniu nieprecyzyjnym, denerwującym i odczuwanym jako deprecjonujące przez część Górnoślązaków — D. Jerczyński w komentarzu do wpisu o Szekspirze po śląsku godającym). Ostrożnie i na własny rachunek, choć nie jako pierwszy, nazwę ją interdialektem. Jest to język pisany, mówiony, obecny w mediach. Wielką zasługę w jego tworzeniu i upowszechnianiu ma Juliusz Kubel, twórca postaci Starego Marycha. To postać miejska, związana z Poznaniem. Obserwuje się jednak ekspansję tej formy, bez elementów charakterystycznych dla wielu wiejskich odmian dialektu wielkopolskiego. W piśmie poza zleksykalizowanymi formami jak łe! ‘mniej więcej: skądże znowu’ nie słychać dyftongizacji, tak zwane samogłoski pochylone nie występują regularnie, dominuje leksyka. Jest to jednak znacznie więcej niż tylko stylizowana gwara czy sensowniej: polszczyzna stylizowana na gwarę, efekt stylizacji gwarowej. Może więc tworzy się dialekt literacki — nowa odmiana języka, która jest nośnikiem lokalnej tożsamości, tworzywem nowych tekstów literackich różnych gatunków, a nie tylko tradycyjnych form znanych jako folklor?





















Wielkopolanie (w swoim gronie) lubią mówić po swojemu. Takie mówienie „po naszymu” stwarza wspólnotę i zarazem trochę otwiera. Przykładem też z dzisiejszej niedzieli jest konkurs gwary odbywający się w Bukówcu Górnym (gmina Włoszakowice, powiat leszczyński), którego niestrudzoną organizatorką i animatorką jest Zofia Dragan, matematyczka z wykształcenia. Jakie to wielkopolskie ;-) Innowacja, konkret, rzetelność.


Tuesday, April 11, 2017

Nowości śląskiej cybersfery. Hamlet ôd Shakespeare'a godo

Po śląsku coraz więcej się publikuje, ale rośnie też kreatywność. Marcin Melon, twórca przygód kōmisorza Hanusika, rozpoczął nową akcję, w której łączy się angielski — język internetowej komunikacji pokoleń młodszych, ze śląskim — czyli dziedzictwem przenoszonym w nowe czasy.

Portal silesion.pl przyjaźnie informuje o nowej książce Melona, Umrzik we szranku, ale używa terminu, który wielu „nowych Ślązaków” rozjusza, czyli gwara śląska:
Po ostatniej, eksperymentalnej części, która była równocześnie tłumaczona na język polski, tym razem autor był konsekwentny. Książka jest w całości napisana w śląskiej gwarze, języku jego serca jak wielokrotnie podkreślał, choć sam Melon zauważył pewne braki.
 Teraz na Facebooku pojawił się nowy, jak to się teraz mówi, projekt, ale po dawnemu to już przecież nie projekt, tylko efekt, produkt, mianowicie humorystyczno-edukacyjna strona Co by pedzioł Szekspir?

Oby była z tego lingwistyczno-humorystyczna wartość dodana, z korzyścią dla znajomości śląskiego w szerokim świecie i angielskiego na Górnym Śląsku.
Nie są to pierwsze śląskie rozmówki, ale w renesansowo-postindustrialnym sztafażu — najbardziej oryginalne.

Ten język śląski jest oczywiście wciąż in statu nascendi, a koordynacja wymaga wiele pracy. W każdym razie robienie rozmówek służy standaryzacji. Czujni czytelnicy, wśród nich, bodaj jako pierwszy, Bartłomiej Wanot, m.in. autor przekładów śląsko-wschodniosłowiańskich publikowanych na stronie czytomy.wordpress.com, zwrócili uwagę, że emblematyczne, sztandarowe górnośląskie słowo powinno się pisać przez ō, czyli pierōn. I tak wykuwa się przyszłość żywego, pisanego i mówionego języka górnośląskiego.


Friday, April 7, 2017

Nowy Testament po śląsku!

Strona internetowa bibliaposlasku.pl i strona na Facebooku są już udostępnione całemu „cyberświatu”. Poinformował właśnie o tym „Dziennik Zachodni” w lekko sensacyjnym tonie, zapowiadając kontrowersje w artykule Tomasza Klyty Pan Bóg też mówił po śląsku. Przekład Nowego Testamentu na gwarę.
Już w grudniu przetoczyła się przez media informacja, że dr Gabriel Tobor, na co dzień burmistrz miasta Radzionkowa, jest kolekcjonerem Biblii z różnych regionów świata, w przekładach na różne języki. Ta pasja skłoniła go do podjęcia trudu przełożenia Nowego Testamentu na „język śląski”. Tłumacz przedstawia się jako pionier, ale pamiętajmy, że mimo powszechnego pojęcia „niemożliwości” dokonania takiego przekładu wobec „nieistnienia” języka spore dokonania mają na tym polu osoby, które ad hoc, nieraz na potrzeby małych wspólnot, tłumaczyły jakieś fragmenty, perykopy na konkretne dni itp. (pozwolę sobie na wymienienie tu następujących nazwisk: Edward Dornia, Joachim Rohowski). Oni przecierali szlak, a ja, towarzysząc im naukową, językoznawczą refleksją, od lat opisuję te translatoryczne zmagania. Pierwszy artykuł pod tytułem „Czy możliwa jest Biblia po śląsku” ładnych kilkanaście lat temu (publikacja: 2003).
Niemałe zasługi (mimo kontrowersji, oddziałujących summa summarum promocyjne) ma Marek Szołtysek – jako autor Biblii Ślązoka, ale przede wszystkim Ewangelii śląskich (2013). Dzięki tej publikacji korpus śląskich przekładów biblijnych wzbogaciły:
Ksiynga proroka Jonasza;
Ewangelie dzieciństwa Ponboczka naszego Jezusa Krystusa (Mt 1,1-2,23 i Łk 1,1-2,52);
Ewangelio podug św. Marka (całość).
Fragmenty Ewangelii wg św. Marka – prosto z greckiego oryginału – zaprezentował w ostatnich także latach prof. Zbigniew Kadłubek.

Dziś ma jednak premierę strona bibliaposlasku.pl i śląski Nowy Testament.

Gabriel Tobor (na zdjęciu) używa lokalnej, własnej odmiany śląskiego – z okolic rodzinnych, to jest, jak sam objaśnia:
Ze względu na zróżnicowanie języka śląskiego, tekst jest napisany w jednej z jego odmian występującej m.in. w północnych dzielnicach Bytomia, w Radzionkowie, w Piekarach Śląskich. Jest to specyficzna odmiana, charakteryzująca się „mazurzeniem”, jednak bardzo zbieżna z innymi odmianami śląskiego języka.
Nie jest to z pewnością po myśli tych, którzy pracują nad standaryzacją i kodyfikacją języka śląskiego, bowiem tym razem bardzo istotne dla kultury, tożsamości i prestiżu języka dzieło ukazuje się w wersji lokalnej, a w warstwie pisownianej – już przestarzałej, amatorskiej formie. „Fonetyczność” oznacza w rozumieniu tłumacza polega na pisaniu „ze słuchu”. Ale to i tak jest mniej ważne wobec zaistnienia przekładu.
Jest to przekład z polskiego, ale w wersji specyficznej, bowiem sprzed ponad czterech wieków. Podstawą było Pismo Święte w przekładzie ks. Jakuba Wujka, jezuity. Nowy Testament Wujka za jego życia wydany był dwukrotnie: w roku 1593 i 1594 – z mniejszą liczbą komentarzy, ze zmianami w tekście uwzględniającymi nowsze wydanie Wulgaty, zatwierdzone przez papieża. Po śmierci zasłużonego tłumacza, w 1599 r. ukazała się już całość „Biblii Wujka”, oddziałującej na katolicką polszczyznę religijną, w tym także na Górnym Śląsku mimo jego pozostawania poza obszarem Polski.
Taka „retranslacja” z pomnika polszczyzny również nie jest pierwszą na „polskim obszarze dialektalnym”. Można ją porównać do Tatrzańskiego Psałterza Dawidowego – tam Franciszek Bachleda-Księdzularz transponował na gwarę podhalańską Psałterz Dawidów przekładania Jana Kochanowskiego. Na stronie bibliaposlasku.pl zaprezentowano następujący fragment (Ewangelia wg św. Łukasza, rozdział 9, wersety 12-17):
12 Juz sie zacynało poleku ćmić i prziszło do Niego dwunostu i godali: Łodprow ludzi, niych se idom do tutejszych mjastecek i wsi, kaj znojdom gospoda i cosik do jodła, bo sam tukej, my som na pustyni. 13 Ale łon pedzioł do nich: Wy dejcie jym jeś. Łoni łodpedzieli: Momy ino pjyć pecynkow chleba i dwje ryby, chyba, że pódymy i nakupjymy jodła dlo wszyskich tych ludzi. 14 A było koło pjyńciu tysiyncy chopa. I pedzioł do swojich uczniow: Kozcie jym siednonć we kupach po myni wjyncy pjyndziesiyńciu.15 I zrobjyli tak i posadziyli wszyskich. 16 A Łon wzion te pjyńć chlebow i dwje ryby, wejrzoł we niebo i pobogosławjoł je, i połomoł i dowoł ucniom, coby dowali ludziom. 17 Jedli i najedli sie wszyscy, i pozbjyrali co łostało, dwanoście koszykow konskow.

Porównajmy je więc z przekładem Jakuba Wujka. Dla mnie najciekawszą wersją jest ta z roku 1594:
Na szczegółowe analizy i zapowiadane przez dziennikarzy kontrowersje przyjdzie jeszcze czas. A dziś jest się z czego cieszyć.

Monday, March 6, 2017

Fakty dokonane się dokonują. Język śląski

Ostatnio krytykowało się tutaj Dziennik Zachodni za używanie pseudośląskiej formy godoć zamiast godać (gŏdać w pisowni ślabikorzowej).

Dziś zwracamy uwagę, że na łamach tego pisma pojawia się nazwa języka (po uczonemu: lingwonim) język śląski. Ponieważ trzeba zachować odrobinę krytycznego dystansu, wyrażę wątpliwość, czy to wynik poważnego przełomu świadomościowego, czy również pewnej niefrasobliwości dziennikarskiej.
Przy okazji właśnie o lingwonimach. W książce Tomasza Wicherkiewicza pt. Regionalne języki kolateralne Europy – porównawcze studia przypadku z polityki językowej używa autor dwóch terminów: endolingwonim i egzolingwonim. Pierwszy to nazwa języka w danym języku, używana przez ludzi mówiących tym językiem, a druga, jak łatwo się domyślić, używana przez grupę zewnętrzną w stosunku do użytkowników „języka kolateralnego”.

 Jak to jest na Górnym Śląsku?
Po śląsku używa się nazw: godka ślōnsko (gŏdka ślōnskŏ).
W polszczyźnie ogólnej i jej regionalnej górnośląskiej wersji: gwara śląska, język śląski.
W obu tych systemach językowych pojawiają się też warianty bezprzymiotnikowe: godka, gwara. Gdy ktoś pisze, że gdzieś używa się godki lub że ktoś mówi wyłącznie gwarą, to kontekst regionalny jest tak jasny i wyraźny, że wiadomo, iż chodzi o (górno)śląski system językowy. Mimo że dobrym kontekstem porównawczym są kluski (?klōzki), które na Górnym Śląsku nie muszą mieć przymiotnika śląskie, żeby było wiadomo, o co chodzi, opowiadam się za dodawaniem do słowa godka przymiotnika (górno)śląska, zarówno w wersji śląskiej, jak i ogólnopolskiej.

Wracając do „Dziennika Zachodniego”. Odnotujmy tutaj więc kolejną „klikankę”, tym razem sprawdzającą znajomość „języka śląskiego”.

Thursday, February 2, 2017

W Rudzie wolno godać po śląsku!

W nawiązaniu do tekstu o zakazie mówienia po śląsku w jednej z przychodni w Rudzie Śląskiej (i wyzwolonych przezeń emocji) z radością odnotowuję, że zarówno dyrekcja placówki, jak i władze miasta zachowały się w miarę racjonalnie i teraz jest jasne to, o czym mówiłem. Ważne jest kulturalne, grzeczne i afirmatywne, życzliwe, pomocne nastawienie personelu do pacjentów, a nie wymuszanie na nich w już niekomfortowej sytuacji dostosowywania się do bezsensownych wymogów pseudolingwistycznych. Poinformował o tym znów Dziennik Zachodni.
Mam jednak poważne zastrzeżenie do tekstu Magdaleny Mikrut-Majeranek. Jeśli ktoś uważa, że blog to publicystyka i trzeba z grubej rury i wielkimi słowy, to proszę: chodzi o brak szacunku do Ślązaków i ich języka, czyli mniej więcej o to samo, czego przyczyną był poprzedni tekst interwencyjny. Na czym polega i czym wyraża się lekceważenie dla śląskiego w tekście wyżej wymienionej autorki? Na używaniu formy godoć. Ten bezokolicznik z nieznanych mi przyczyn jest bardzo częsty i z uporem powielany przez ludzi, którzy jakby mieli zniekształcający filtr w uszach i mózgu, że nie są w stanie poprawnie powtórzyć dwóch sylab, pięciu głosek. A przecież to nie jest żadne Rumpelstiltskin, Rumpelstilzchen, Titelitury, czy Roeoender. To jest zwykłe
godać
Nie: godoć!
Dowody zbrodni:
To było w relacji autorskiej. Ale jeśli chodzi o cytowaną poniżej wypowiedź pana Józefa z Bykowiny, to chyba powinien się on poczuć dotknięty przekręceniem (jak sądzę) jego wypowiedzi.

Dzienniku Zachodni, należy się sprostowanie!

W Rudzie Śląskiej zresztą nie tylko się godo, ale także pisze po śląsku i wystawia przedstawienia teatralne. Te trwalsze ślady obecności godki śląskiej poza sferą komunikacji codziennej tworzą m.in. Bronisław Wątroba i Marian Makula. Miejskie instytucje udzielają wsparcia na przykład konkursom poetyckim i wystawom.



Że się powtarzam i że już o tym pisałem? Nie, pisałem o innym godoć. Choć jeśli chodzi o Dziennik Zachodni to są to warunki recydywy, więc mogę się oburzać bardziej (sam sobie to prawo przyznaję i ochoczo z niego korzystam).

Friday, January 27, 2017

Nauczyciele śląskij godki

Wideoblogowanie po śląsku to następne pozytywne zjawisko. Nie jest to zupełna nowość, ale właśnie pani Barbara Szmatloch publikująca dotychczas w katowickim wydaniu Gazety Wyborczej swoje śląskie, wartościowe leksykalnie i edukacyjnie felietony właśnie obwieściła, że będzie również działać w obszarze audio i wideo.
1. Nazywam się Barbara Szmatloch. Pogodomy se po ślonsku.
2. Wcześniej proste i sympatyczne lekcje śląskij godki prezentował z Dziennika Zachodniego Witold Stech.
3. Tamże Łukasz Zimnoch przedstawia Hanyski ślabikorz, ostatni odcinek na Dzień Babci i Dzień Dziadka — Omom i opom.

4. Atrakcyjnie i akuratnie

Na koniec nagroda dla cierpliwych i przeglądających wpis blogowy do końca. Najciekawsza i najtreściwsza jest każda Chwila z gŏdkōm, którą tworzy Grzegorz Kulik. Najbardziej to także profesjonalne, rozprzestrzenione po mediach społecznościowych, więc polecenia i zasubskrybowania godne. Poniżej odcinek o rzeczownikach nijakich z prasłowiańskim *-ьje, jak polskie śniadanie i gôrnośląskie śniŏdanie:


Tuesday, January 10, 2017

Zakaz gwary w Rudzie Śląskiej!?

Chyba zbyt nudno już było na tym blogu — same optymistyczne wpisy o tym, jak to różne języki in statu nascendi, w tym oczywiście i ten, którego używają zasiedziali mieszkańcy Górnego Śląska, zdobywają nowe przyczółki. A to media, a to tłumaczenia z angielskiego, niemieckiego lub greki. Nie zapominamy też o ciekawych i dużych projektach afirmacyjnych — bardzo dobrym przykładem jest koordynowane przez Pro Loquela Silesiana przedsięwzięcie „Poradzisz? Gŏdej!”.

Filmy i inne działania pokazują i przekonują, że mówienia po śląsku nie należy kojarzyć z prostactwem. Jeszcze do tego wrócimy.
„Dziennik Zachodni” piórem Agaty Pustułki zaalarmował wczoraj, że w Rudzie Śląskiej zakazują gwary (= mówienia po śląsku).
Wywołało to oczywiście komentarze godnościowe (hańba! krzywdzą nas!), jak i żarty, ale odwracające sytuację nadawczo-odbiorczą, czyli przedstawiające bezradność lekarzy (w latach powojennych na pewnych obszarach głównie przyjezdnych) wobec opisujących swoje przypadłości górnośląskich pacjentów, ze szczególnym uwzględnieniem bolŏkōw i kucaniŏ.
Zarządzenie Kierownika Przychodni Specjalistycznej SP ZOZ w Rudzie Śląskiej z 25 listopada 2016 r. nie jest dokumentem nadzwyczajnym.

Niemal w każdej firmie udziela się pracownikom instrukcji, w jaki sposób mają się odnosić do klientów, w tym akurat razie — pacjentów. Nie podaję w wątpliwość istnienia skarg na nieuprzejme zachowanie pracownic i pracowników rejestracji oraz administracji wobec pacjentów. Od tego jednak momentu zaczynają się elementy sporne, które pragnę skomentować, wyjaśnić sobie samemu, a przy okazji może jeszcze ktoś skorzysta. Mianowicie:
mówienie językiem danego miejsca, regionu, a także językiem ogólnym (w Polsce polskim) z pewnymi regionalnymi elementami, jak fonetyka, intonacja zdaniowa i słownictwo, nie jest samo przez się nieuprzejme;
— zatem wysunięcie jako pierwszego nakazu „zwracamy się w języku polskim, nie stosujemy gwary” może budzić uzasadnione wątpliwości, a także bardziej złożone i emocjonalne reakcje; wiele już godzin przedyskutowano na temat tego, czym jest mowa górnośląska. Na gruncie prawnym (inicjatywy zmiany status quo nie odniosły sukcesu) dialekt śląski (gwara śląska to rozpowszechnione, lecz błędne pojęcie) nie może być przeciwstawiany językowi polskiemu, albowiem uznaje się go za składnik polszczyzny, a Ustawa o języku polskim zaleca szacunek dla gwar. Zakaz „stosowania gwary” nie jest wyrazem szacunku do niej.
Co więcej: o ile się orientuję, naczelną zasadą wszelkich instytucji jest dobre obsługiwanie klientów, stwarzanie atmosfery dla nich komfortowej. Tym bardziej w odniesieniu do ludzi potrzebujących pomocy lekarskiej wydaje mi się, że potencjalne obcesowe, separujące, „przywołujące do porządku”, stygmatyzujące użycie (przez autochtonów podporządkowujących się zarządzeniu) wobec autochtonów języka standardowego w odpowiedzi na zapytanie w regio-/etnolekcie śląskim, byłoby przykładem urzędowej nieuprzejmości.
Przecież współczesna kultura i życie społeczne przynoszą raczej wiele przykładów włączania do praktyki życia społecznego wrażliwości, empatii oraz zakazów dyskryminacji. Powiedzmy wprost: po instytucji takiej jak przychodnia w Rudzie Śląskiej spodziewałbym się raczej umieszczenia naklejek Godōmy po ślōnsku, a nie wytwarzania napięcia w niełatwej dla pacjentów sytuacji, a także w żmudnej i odpowiedzialnej pracy personelu przychodni.

Najgorsze jest pomieszanie pojęć

Najdalszy jestem od włączania się w chóralne okrzyki: biją naszych! Mamy tu do czynienia z powszechną w naszym kraju (i nie tylko) niekompetencją. Wiemy dobrze od czasów badań znanego socjologa medycyny (i królewskiego błazna) Stańczyka, że na leczeniu zna się każdy. To oczywiście żenujące w zestawieniu z profesjonalną sztuką lekarską. Lecz i odwrotnie: dyplom lekarski nie obdarza jego posiadacza kompetencjami językoznawczymi. W artykule zacytowano wypowiedź dr Alicji Gałuszki-Bilińskiej:
— Niektórzy pacjenci nie życzą sobie zwrotów gwarowych. Nie można mówić do kogoś „babciu”, bo to nie jest nasza babcia, tylko ma swoje wnuki. (...) — Nie mam nic przeciwko gwarze, ale nie w kontaktach z pacjentami.

„Babciu” jest niegrzeczne
Nie zgadzam się z utożsamieniem formy „babciu” ze śląską gwarą (rudzką). O ile mi wiadomo, na ‘matkę matki lub ojca’ mówi się po śląsku: babka, starka, ōma. Jeśli do starszych kobiet personel recepcji zwraca się per „babciu”, to jest to naganne, ale na gruncie polszczyzny i polskiej grzeczności językowej. Relacje polski język ogólny — gwara śląska Rudy Śląskiej nie mają tu nic do rzeczy. Takie „babciu” nie jest czułe, lecz protekcjonalne, a to instytucja ochrony zdrowia ma służyć pacjentowi, nie zaś ustawiać go jako mniej ważnego partnera dialogu.

„Czekej pan” i „czekaj pan” są tak samo niegrzeczne

Taki zwrot ma coś wspólnego z górnośląskim systemem językowym. Jest to końcowe -ej w formie trybu rozkazującego. Jednak to nie owo śląskie -ej jest przecież problemem. Cała konstrukcja jest odpowiednikiem ogólnopolskiego „czekaj pan”, które jest niegrzeczne. Tak samo niegrzeczne w wersji polskiej i śląskiej. W XIX wieku była to forma powszechnie stosowana, a dziś jest bardzo potoczna, na pewno nieuprzejma. Poprawnie i grzecznie: „proszę zaczekać”, „zechce pan zaczekać”, „niech pan chwilę poczeka” (niektórzy mają do tego „niech” zastrzeżenia, ale to osobny temat). Takie polsko-śląskie hybrydy są efektem kilkudziesięcioletniego kontaktu językowego.

Mówienie per „wy”

„Wy” to osoba druga, a nie trzecia. Tego uczą w szkole podstawowej. Tak niekompetentna analiza form językowych i zachowań grzecznościowych dokonana w omawianym zarządzeniu naraża twórców i redaktorów dokumentu na kompromitację.
Co więcej: mówienie przez „wy” jest bardzo grzeczne! Jeśli mówimy o cechach wspólnych śląszczyzny z językiem staropolskim (ale też po prostu z innymi językami słowiańskimi), to właśnie pluralis w odniesieniu do osób starszych jest wyrazem szacunku. Wręcz przeciwnie do „czekaj (czekej) pan”, które przywodzi na myśl propozycję „kup pan cegłę” formułowaną wobec nas w ciemnym zaułku. Takie „wy” jest również w użyciu w Małopolsce — byłem świadkiem takich relacji językowych na dość wysokim szczeblu instytucjonalnym. Nie widziałem, żeby tam to kogoś uraziło. Raczej starsze osoby czują się właśnie docenione, traktowane należycie, z szacunkiem i bezpieczne.

Ortografia

Gdybyśmy nie robili błędów, nikt by nam ich nie wytykał. Skoro jednak poucza się pracowników o użyciu właściwych (pożądanych) form językowych, nie powinno się pisać „nie zastosowanie się”, bo to błąd ortograficzny. Poprawna pisownia rzeczowników z nie jest łączna, tj. niezastosowanie się.

Jak grzecznie witać się i żegnać z ludźmi po polsku?

Najprzykrzejsze jest to, że potępia się rzekomą „gwarę”, a jako wzorce zachowań nie proponuje się tradycyjnych polskich przywitań i pożegnań, ale budzące niechęć kalki z angielskiego! Językoznawcy polscy napisali wiele na temat natrętnego kopiowania niepolskich formuł „w czym mogę pomóc” i „miłego dnia”. Miłośnicy polszczyzny raczej powinni dbać o używanie uprzejmych polskich „czym mogę służyć” i neutralnego „do widzenia”. Ktoś, kto wychodzi w gipsie czy z plikiem recept nie ma i nie będzie miał miłego dnia. Nie chodzi jednak o takie udosławnianie, że mówienie „do widzenia” wróżyć ma następną bytność w przychodni.
Grzeczność ma swoje reguły. Jedną z nich jest bycie wyrozumiałym. Gdyby zaistniały jakiekolwiek kłopoty ze zrozumieniem czegokolwiek, zawsze można powtórzyć. A to, że można mieszkać kilkadziesiąt lat w Rudzie Śląskiej i nie „chwytać” lokalnych elementów językowych (typu dochtōr, sztok, bydzie), również wymaga osobnego namysłu. Jednak gdy do czegoś takiego dochodzi, rolą personelu jest spróbować przejść na język pacjenta, a nie gromić go, że nie rozumie po naszymu. Gdyż dobro i dobrostan pacjenta muszą  stać na pierwszym miejscu.

Wszelkie inne zalecenia dotyczące kultury zachowania się w miejscu pracy i podczas pracy uważam za w pełni zrozumiałe i uzasadnione. Po co więc było wplątywać do tego „gwarę”?